Dwie historie z jednym morałem
Nawet się nie znają. Dzieli ich wiek, miejsce urodzenia w Polsce i zamieszkania w Irlandii, pasje, zainteresowania, poglądy... Łączy za to coś innego zaufali rodakowi i stracili na tym. Ania, jej chłopak Krzysiek oraz Marek i Jarek wynajęli wspólnie mieszkanie w północnym Dublinie w lipcu zeszłego roku.
Piotr przyjechał do Dublina ponad rok temu, ale pracy tu nie znalazł. - Nie rozpaczałem, bo mam kilkuletnie doświadczenie z budów w Niemczech i w Belgii. Przyjechałem tu rozeznać sprawę i jakby mi się nie powiodło, to zwyczajnie bym spakował klamoty i ruszył dalej... - opowiada. Być może taka postawa pomogła mu znaleźć mieszkanie w Navan, a los postawił na jego drodze Waldka. - Od słowa do słowa okazało się, że może mi załatwić pracę, ale zażądał 1000 euro. Piotr zaryzykował i nie przejechał się na Waldku. Po tygodniu był już na skróconym kursie, po dwóch uczył się na pamięć ulic Dublina i dróg do hurtowni budowlanych położonych na obrzeżach stolicy...
Tymczasem grupa młodych Polaków, która zaufała sobie bezgranicznie zaczęła przeżywać pierwszy kryzys. W drugim miesiącu okazało się, że Jarek nie ma pieniędzy na zapłacenie czynszu i rachunków. - Dziesiątego dnia każdego miesiąca, jako osoba odpowiedzialna za mieszkanie, zbierałam od wszystkich pieniądze na czynsz. Jarek nigdy nie miał. Prosiłam, aby wcześniej odłożył, przygotował, to on wydawał wszystko na alkohol, papierosy, narkotyki. Co innego gdyby nie pracował i nie miał pieniędzy, ale jako pracownik budowy zarabiał całkiem nieźle - opowiada Ania. W domu zaczęły się kłótnie, których powodem był nie tylko notoryczny brak pieniędzy, na który cierpiał Jarek, ale także ginące z szafek jedzenie, skarpetki, papierosy, a nawet drobne sumy pieniędzy.
W tym samym czasie Piotr i Waldek byli już przyjaciółmi. - Dziwiło mnie trochę, że Waldek nigdy nie opowiada o swojej rodzinie ani o tym, co go wygoniło z Polski, ale w końcu to nie była moja sprawa. Wiadomo zresztą, że prawie każdy Polak ma jakąś swoją tajemnicę i nie chce się z nią dzielić. A popieprzone sprawy rodzinne to już specjalność każdego emigranta, więc nie napierałem - relacjonuje Piotr. Poza tym jednak układało się nam nieźle, mieszkaliśmy po sąsiedzku, robiliśmy wypady na spotkania bokserskie do Dublina albo jakieś grille w ogrodzie...
- Wracaliśmy z pracy do domu i okazywało się, że lodówka jest pusta, nie ma ani pierogów, ani parówek z dnia poprzedniego. Jarek kupował tylko kawę i czasami chleb, ale i tak wyjadał nasz, żeby zaoszczędzić - wspomina współlokatora Ula.
Niby rzecz drobna, ale denerwująca. Do granic wytrzymałości irytowało zachowanie chłopaka, który bezczelnie wyjadał współlokatorom jedzenie, podbierał pastę do zębów, żel pod prysznic, mydło. Do Irlandii Polacy przyjeżdżają zarobić, ale jak tu zaoszczędzić mając na utrzymaniu pasożyta?
Piotr wkurzył się po raz pierwszy, gdy powierzył Waldkowi 3 tysiące euro. Miało być normalnie: Waldek leciał do Polski, miał w Krakowie spotkać się z siostrą Piotra, a ta miała odebrać kasę i spożytkować ją w sposób ustalony wcześniej z bratem. Siostra na lotnisku, owszem była, samolot z Dublina owszem, doleciał, wysiadło mnóstwo Polaków, ale żaden nie zatelefonował do niej potwierdzając swoje przybycie... Nie doczekała się. Następnego dnia zatelefonowała do brata i opowiedziała o całej sytuacji. - Jego telefon wtedy milczał... - kiwa głową Piotr.
Parówki i pierogi były tylko preludium tego, co miało się wydarzyć później. Wyjadanie współlokatorom jedzenia było irytujące, ale w końcu to tylko jedzenie. Sprawa zaczęła przybierać na wadze w momencie, gdy Markowi zaczęły ginąć pieniądze. - To były niewielkie sumy, a że nikt nikogo za rękę nie złapał, trudno było winę udowodnić. Problem polegał na tym, że wtedy Marek nie miał konta w banku i wszystkie oszczędności gromadził w szafie - relacjonuje Ania.
Oczekiwanie na Waldka było dość niespokojne. Piotr przyznaje, że liczył się z tym, że przyjaciela już nie zobaczy. Nie chciało mu się jednak wierzyć - wspomina - że Waldek dla 3 tysięcy euro porzuci bardzo dobre zarobki, pozycję w firmie i w ogóle wymiksuje się z akcji Irlandia. Nie przeliczył się. - Przyszedł do mnie w dniu, w którym przyleciał do Irlandii. Położył na stole tysiąc euro i chwycił się za głowę. Zapytałem, co się stało i dlaczego mnie zawiódł... - opowiada Piotr. Waldek przyznał, że pieniądze Piotra wyparowały w krakowskim kasynie, a ten tysiąc pożyczył już po powrocie. Obiecał też, że odda resztę długu za kolejny miesiąc. O dziwo - słowa dotrzymał.
Tymczasem na Phibsboro nastał grudzień. Po raz kolejny wybuchła kłótnia. Jak zwykle o pieniądze na czynsz, których Jarek nie miał. Widząc zde-nerwowanie Ani, chłopak obiecał załatwić gotówkę następnego dnia. Tłumaczył, że szef zalega mu z wypłatą, a właśnie następnego dnia miał dostać czek od pracodawcy. Ania uwierzyła i na dodatek dała Jarkowi własne 900 euro, które ten miał wpłacić na konto agencji, w której wynajmowali mieszkanie. Następnego dnia wieczorem okazało się, że po ubraniach Jarka i pieniądzach Marka nie pozostało nic więcej niż wspomnienia... - Na święta Marek wybierał się do Polski. Pochodzi z wielodzietnej rodziny, w której się nie przelewa i którą finansowo wspomaga - opowiada Ania. Oprócz Jarka, pieniędzy Marka, 900 euro, które powierzyła Jarkowi Ania z domu znikły również buty Krzyśka o wartości 200 euro oraz zaufanie do Polaków.
Przyjaźń między dwoma Polakami została wystawiona na ciężką próbę, ale - wydawało się - przetrwała. W końcu pieniądze to nie wszystko, a dług został wyrównany. - Poza tym Waldek, tak mi się wydawało przynajmniej, odpuścił sobie hazard, pracował ciężko i coś tam wysyłał nawet do Polski - przypomina sobie Piotr. Mijały tygodnie i wszystko wskazywało na to, że wpadka Waldka była jednorazowym wybrykiem. - Parę razy nawet pożyczyłem mu kilkadziesiąt euro; zawsze w terminie i bezproblemowo oddawał...
Nie mieli już wątpliwości, że mieszkali ze złodziejem. Ale zanim nabrali tej pewności zdążyli dać jeszcze 100 euro windykatorowi z Providenta, firmy świadczącej usługi pożyczkowe, u której Jarek zaciągnął dług w wysokości 1000 euro. - To był jego ostatni strzał zza grobu. Zapłaciłam ratę 100 euro! - puka się w głowę Ania. Straty, które razem ponieśliśmy wyniosły grubo ponad 2000 euro. Ania, Krzysiek i Marek nie zgłosili kradzieży na Gardę. - Chłopcy ciągle pracują, nigdy nie mieli czasu, a ja byłam w siódmym miesiącu ciąży i chodzenie sprawiało mi nie lada trudność - wspomina Ania. - Załatwimy to po swojemu. Chcemy skontaktować się z ojcem Jarka, który mieszka w Polsce i powiedzieć mu jakiego ma syna...
Na początku roku Piotr nieoczekiwanie znalazł pracę w Belfaście. - Miałem parę godzin do namysłu i dwa dni na przeprowadzkę - wyjaśnia. Choć pieniądze miał mieć takie same, długo nie myślał. W Belfaście mieszka bowiem Kasia, która - jak sam mówi - inspirowała go jeszcze w Polsce od dłuższego czasu. - Nie mogłem dodzwo-nić się do landlorda, odebrać kaucji więc spakowałem klamoty, klucze rzuciłem Waldkowi, wyściskaliśmy się i ruszyłem w drogę na północ. Machał mi cholera ręką, widziałem we wstecznym lusterku... Po trzech tygodniach okazało się, że o kaucji może zapomnieć. - Landlord zadzwonił i powiedział, że moje byłe studio jest zdemolowane, że nikt mu wcześniej nie zdał kluczy, że obciąży mnie rachunkiem telefonicznym i że więcej z Polakami nie chce mieć do czynienia - kiwa głową Piotr. - Dowiedziałem się później, że przez te trzy tygodnie w jego mieszkaniu codziennie odbywały się libacje, a oknami wylatywały butelki. - Sprowadził chyba jakichś swoich koleżków z Polski... Ale ja go jeszcze dopadnę!
Dwa tygodnie temu Jarek skontakto-wał się z Anią telefonicznie. Powiedział, że jest w Irlandii, wie co zrobił, strasznie tego żałuje i obiecuje, że wkrótce wszystko odda. I na tym się skończyło. Telefon Jarka znowu pozostaje głuchy, a po nim samym, po raz kolejny, ślad zaginął. Jedno jest pewne, Ania już mu nie zaufa.
A Piotr? - O zaufaniu nie ma mowy! Pozostaje tylko wiara i nadzieja. - Wiara, że go znajdę, a nadzieja, że nie zabiję jak spotkam...
Dorota Zdrojewska
Jacek Rujna


Pamiętaj mnie